Nigdy nie przywyknę do deszczu. Owszem, liczę się, iż owe zjawisko pogodowe występuje. Szanuje decyzje Stwórcy, chociaż wpływ szarugi na moje samopoczucie jest tragiczny w skutkach. To, że jestem wątpliwie szczęśliwą posiadaczką niezwykle chorego umysłu, nie jest żadną nowością. Ostatnio natomiast sama siebie przerażam, usiłując wytłumaczyć się szaleństwem hormonów, nowymi obawami etc. Jestem mistrzynią wymówek!
Jestem w stanie przyzwyczaić się do nadmiernych upałów, podczas których z nadzwyczaj bladej staje się złoto - brązowa. Jak świąteczny piernik. Uwielbiam, gdy mróz maluje moje szyby a gęsty śnieg, puszysty i biały, życzliwie okrywa nagie drzewa. Mogłabym tak żyć, z takim klimatem non stop. Natomiast deszcz... deszcz niesie wraz z sobą osobliwy niepokój, którego nie rozumiem i zdecydowanie nie chcę przyjąć.
Trudno mi się odnaleźć, pośród tych wszystkich bibelotów, które zgromadziłam przez lata w swojej głowie. Regularne oczyszczenia okazały się jedynie pozorne i nieskuteczne. O dziwo, na żadnym z nich, nie spoczywa nawet najcieńsza warstwa kurzu, co oznacza, iż od czasu do czasu muszę tych dziwadeł używać. Mimowolnie i podświadomie.
2 komentarze:
Lubię deszcz, najbardziej majowy.
Uwielbiam seks... i na tym skończę ;-)
A w mojej głowie tłok i bałagan. I nic się nie kurzy.
A ja lubię deszcz tylko wtedy, kiedy siedzę w domu i nigdzie nie muszę wychodzić :P Bo po deszczu wyglądam jakby mnie krowa oblizała!
Seks...lubię jeszcze bardziej :) Bez względu na pogodę :P
Listopad to czas, kiedy mam mętlik totalny...
Ściskam :*
Prześlij komentarz