Dokładnie pół roku temu jedliśmy razem kolację. Rozmawialiśmy o sprawach przyziemnych, zbyt błahych. Mówiłeś, że czujesz się dobrze, żebym nie przejmowała się kolejną głupotą, jaką zrobiłam w życiu. Nie pamiętam co to było, ale znowu zdjąłeś kamień z mego serca. Śmialiśmy się, nie bacząc na ciemność, która bezceremonialnie gromadziła się w około. Rzuciłeś psu kawałek szynki. Było normalnie. Nigdy nie przypuszczałam, tak świadomie, że Ciebie zabraknie.
A Ona, zbyt chuda, zbyt blada by nazwać Ją piękną, już czekała, polerując narzędzie swej pracy, poprawiając czarny kaptur.
A Ona, zbyt chuda, zbyt blada by nazwać Ją piękną, już czekała, polerując narzędzie swej pracy, poprawiając czarny kaptur.
Nazajutrz zapytałeś, co kupić Jackowi na urodziny. Mieliśmy uzgodnić wieczorem, lecz wieczór nigdy nie nadszedł. Widocznie była zbyt przekonująca, by Jej odmówić. Taka już jest, Śmierć. Stanowcza. Po raz pierwszy spojrzałam Jej w oczy, których nie miała. W pustych oczodołach znalazłam jedynie bezwzględność, spokój i paradoksalnie szaleństwo. Nie było w nich nadziei ani litości.
Odszedłeś a ja wiem, że czas nie leczy ran, jedynie wycisza.
[*]
1 komentarz:
Dziś mija pół roku od śmierci Dziadzia.
Prześlij komentarz