Sprzątam "po weekandzie". Usiłuję, od rana. Czuję opór, pragnienie pochłonięcia jakiejś ciekawej lektury. Chęć delektowania się herbatą, kawą, sokiem. Czymkolwiek, byleby tylko cisnąć z impetem szmatę oraz środek do czyszczenia mebli oraz powierzchni szklanych. Żałuję, że dziś nie jest dzień Nic nierobienia. Niemoc jakaś, uparty leń wewnętrzny, którego nie umiem przepędzić.
Tymczasem Pierworodnemu coś się porobiło i uraczył mnie wrzaskiem oraz pierdylionem pretensji. Słowotok lejący się z jego ust z prędkością światła do chwili obecnej pozostaje niezrozumiałym ciągiem głosek, którego potęgi mój mózg nie jest w stanie ogarnąć. Ze stoickim spokojem odstawiłam piękną, czerwoną filiżankę, delikatnie stukając o pasujący spodeczek i odesłałam syna do "swojego pokoju". "Swój pokój" bowiem ma właściwości lecznicze, a przed użyciem nie trzeba konsultować się ani z lekarzem, ani z farmaceutą.
Z nadzieją czekam na efekty, klnąc w duchu tą sowę, która zgubiła moje zaproszenie do Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Zaprzepaściła mi jedyną szansę, na nauczenie się zaklęcia samosprzątającego. Sic!
4 komentarze:
u mnie "swój pokój" nie działa...
Zuza póki co marzy o swoim pokoju, ja zresztą też marzę, bo ilość zabawek poropierniczanych po całej chałupie doprowadza mnie do szału :P
najgorsze, że sprzątanie to taka syzyfowa praca, nigdy nie ma dobrego efektu
Przynajmniej Pierworodny reaguje na "swój pokój". Dobrze jest mieć jakiś złoty środek:-)
Prześlij komentarz