sobota, 2 sierpnia 2014

Gdy była...

...obok, nie doceniałam. Jej obecności. Jej zbawiennego wpływu na stan mego umysłu. Tego, jak szybko potrafiła postawić mnie do pionu; natłuc do łepetyny banalnych mądrości, o których w pędzie codzienności zdarzało mi się zapomnieć. Pachniała nieziemsko! Budziła mnie od progu roztaczając tę niepowtarzalną woń. Wielokrotnie pytałam co to za perfumy, ale nigdy nie uzyskałam odpowiedzi. Lubiłam ją za tę tajemniczość i stanowczość. To zdecydowanie najlepsze z licznych jej zalet. Była zawsze gdy tylko zapragnęłam lecz dopiero teraz wiem, jak była dla mnie ważna. Szczególnie o poranku. 


Kawa.

3 komentarze:

Unknown pisze...

no tak bez kawy ani rusz

The Burning Giraffe pisze...

Ja jestem po rozwodzie z kawą od dwóch tygodni. Na rzecz wybielania zębów, ale też i dla zdrowia.
W te niekończące się upały (mieszkam w jedynym miejscu w Polsce, w którym od miesiąca nie spadła kropla deszczu, a temperatury od tegoż miesiąca nie spadają poniżej 30 stopni Celsjusza) muszę jednak stawiać się na nogi, by normalnie funkcjonować w pracy i poza pracą. Jak to dobrze, że ktoś wymyślił musujący magnez...

Chociaż jak czuję w pobliżu kawę, to miewam delirkę...

Tęskno mi trochę. Za kawą.

Anonimowy pisze...

Ja pewnie wrócę do kawy... Teraz już mogę...