Najwięcej radości dało nam czekanie na Świętego. Wszyscy zgodnie przysięgliśmy czuwać całą noc, co by Mikołaja w końcu, raz w życiu, zobaczyć. Dyskutowaliśmy na temat tego, w jaki sposób solenizant dostanie się do naszego mieszkania. Czy użyje proszku Fiuuu i pojawi się w naszym kominku? Może posiada klucz pasujący do wszystkich zamków świata? A może ma taki specjalny, przenośny komin, który stawia gdziekolwiek i dzięki niemu może pojawić się w każdym domu?
Pierworodny miał milion pomysłów na pół sekundy, więc rzeczą jasną jest to, iż moja biedna głowa nie spamiętała większości propozycji.
Oczywiście nie zapomnieliśmy o drobnym poczęstunku, za który Święty Mikołaj grzecznie podziękował nam na żółtym, podpalanym pergaminie, kreśląc zamaszyste znaki, jednocześnie wytykając dziecku naszemu, co było bardzo super, a w których kwestiach coroczna wyrocznia oraz zacne zgromadzenie elfów są zdecydowanie na NIE!
Jak to zwykle bywa, gdy się czegoś pragnie to guzik z tego wychodzi. Takim oto sposobem Pierworodny rozpoczął głośne chrapanie jako pierwszy, a w czasie gdy zapewne zwalczał jakiegoś nikczemnego dziada swoimi mocami, prezenty znalazły się przy naszej malutkiej, szyszkowej choince.
I tak oto, moi drodzy, zgotowaliśmy sobie kipisz z rana i rozpoczęło się LEGO szaleństwo na maksa.
A ja dostałam książkę. S. Kinga, "Pod kopułą".
Czytam, czytam. Obiadu nie będzie. ;)


1 komentarz:
Piękne blogowe zmiany :)
Cieszę się, że Mikołajki udane :)
Prześlij komentarz