To właśnie dziś, drogi Mężu, mija jedenaście lat odkąd wzajemnie pozbawialiśmy się, poniekąd, wolności.
Jedenaście.
Absolutnie przedziwnych lat.
Codziennie, odkąd na moim palcu zagościła złote, perfekcyjne kółeczko, zachodziłam w głowę, z wielkiej troski, jak Ty to wszystko zniesiesz. Znosisz. Być może nadal będziesz znosił.
Pewnego dnia, po wielu z resztą latach, zrozumiałeś, gdzie (na własne życzenie) utknąłeś. Przemierzając, minuta po minucie swego cennego życia, bezkresny labirynt mętnych myśli i tajemnic mojego umysłu.
Czy jesteś szczęśliwy, drogi Mężu, w tym wiecznym półmroku, który Ci zafundowałam?
Czy istnieje pierwiastek, który stwarza (przypadkiem) okoliczności łagodzące tego procederu?
Błękit. Zieleń. Złoto. Biel. Czerwień. Fiolet. Czerń.
Podatuję Ci, niestety, wszystkie z tych barw. Nie umiem inaczej. Tym bardziej nie umiem za to przeprosić.
Stoję przed Tobą, utracone dawno skrzydła, szeroko rozkładając. Karmię się nadzieją, iż potrafię dawać Ci szczęście. Od czasu do czasu.
Taka miłość mroczna.
Niezniszczalna więc prawdziwa.
Czy dziś, drogi Mężu, gdybyś mógł raz jeszcze, bez konsekwencji, dokonać wyboru, kierował byś się „ szkiełkiem i okiem”, czy pulsującym mięśniem o intensywnej barwie, potocznie zwanym sercem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz